Dziś znowu wspominamy. Jak ostatnio pisałam z Brzozia pojechałyśmy prosto na Śląsk. Na Śląsku spędziłyśmy parę dni. Po czym szybko na zawody do Złotokłosu.
Jednak za nim do Złotokłosu, to odbyłyśmy z Vegsonami spacer po trasie planowanej na rowerowanie (która to super spełnia wszelkie rowerowe warunki!).
No i tu będzie chwila mojej rozkminy nad Szopowym umysłem.
Odstawmy na chwilę niewątpliwą Szopową genialność na bok. I przesuńmy się w czasie trochę bardziej do tyłu.
Pewnego pięknego dnia, któryś raz z rzędu zabrałam z rana Szopika w Olsztynie nad Łynę. Mamy takie swoje miejsce przy mostku, blisko naszego 'gniazdka'. Dwa brzegi, które wspaniale są przystosowane do skakania i powolnego wchodzenia psa do wody. Zawsze zabierałam górkę smakołyków, pływającą piłkę i Szopa. Szop lubił aportować z wody. To dziwne, ale kiedyś nie interesowała ją piłką itp. nigdzie indziej jak w wodzie właśnie. Wszystko co wrzucone do wody należy szybko z niej wyjąć - tak wydawała się myśleć Szopencja.
Wracając do historii. Schodzimy na brzeg, Szop siada, odpinam smycz. W nagrodę (jak zawsze) rzucam psu smakołyk i... Trafia on między oczy psa mego, spada na ziemię, a pies... A pies NIC!!! Nie szuka, nie chce... Myślę sobie, że rzuciłam wyjątkowo nieudolnie i biedne stworzenie nie zauważyło (?!). Rzucam raz jeszcze i... Sprawa się powtarza. Pot wylał mi się na czoło, serce przyspieszyło - PANIKA - Szop umiera, coś się dzieje, aaaa uciekać. Sprawdzam błony śluzowe czy wszystko z nimi w porządku (babeszia, babeszia, na pewno babeszia, aaaa), ale działają one bez zarzuty. Puszczam psa wolno i obserwuję... Szop w tym czasie wstała, powąchała trawę dookoła, zaczęła rewirować (w miejscy gdzie spadły smakołyki Szop się nimi ponownie nie zainteresował). Szuka czegoś - nie wiem czego. Wlazła do wody, przepłynęła na drugi brzeg, pokręciła się z dzikością w oczach i... Załatwiła się -.- ... Wróciła w pełnym pędzie do nas, podbiega do mnie, siada na przeciwko mnie i... HAU! HAF HAF!
Nadmienić należy tutaj, że Zuza nauczyła Szopa 'sprytnej' sztuczki - jak coś chce, co masz w łapce, to szczeka. No i taką też umowę zawarłam z Szopem w kwestii rzucania piłek za smakołyki. Ja ją pytam czy coś chce, a ona na potwierdzenie szczeka. Taka nasza głupia zabawa ;-) .
Szop szczeka, ja pytam "Chcesz coś?". Szop szczeka i przebiera nogami. Rzucam smakołyk. Uwierzcie mi, przybrała minę pełną pogardy i wątpliwości w mój intelekt... Ja mądra głowa wywnioskowałam szybko, że to nie o smakołyk chodzi. Ryzykownie wyciągam piłkę i pytam bardziej pro forma, niż z przekonaniem "Chcesz piłkę?". I wtedy Szopowe ciało wyskakuje w powietrze, lata, skacze i drze japę... Ja (nadal mądra głowa) wnioskuję, że to właśnie o to wstrętne gumowe okrągłe COŚ chodzi. Niewiele myśląc wyrzucam piłkę do wody. Ku nieopisanej uciesze Szopencji. Pędzi, wskakuje (!!! - nie muszę wspominać, że Szop zwykła 'gramolić' się do wody?) do wody, płynie, łapie, zawraca, przynosi, rzuca od nogi, odsuwa się i... Gapi się wyczekująco. Ręce mi opadły...
Tak nasi Drodzy Czytelnicy. Szop zburzył moją wizję świata. Wypluł jedzenie (a Ci którzy nas nie znają, niech wiedzą, że Szop za coś do zjedzenia, lub za coś co wydaje mu się być czymś jadalnym, sprzedałby rodzinę i siebie, w kawałkach) i wybrał piłkę. Piłkę, którą to gardziła przez całe dotychczasowe życie. Którą łaskawie przyniosła, by dostać coś smacznego. Nauczyłam się pracować z takim psem. Teraz muszę nauczyć się bawić z nią tą piłką... Trochę mi ciężko :P
Szop chyba usłyszała, jak ostatnio rozmawiałam z znajomymi i padły słowa, że chciałabym, by mój następny pies był drugim Szopem, bo pasuje mi ona w każdym calu - tylko mogłaby mieć dużo większy popęd łupu, by można było ją np. piłką nagrodzić. No i się Dziecko me przejęło i postanowiło udowodnić matce.
Mam wrażenie, że daję sobie radę z nowym-Szopem. Szopem z piłką w mordzie. Nadal traktuję tę jej 'łupowość' jak zabawę li tylko, nie nagradzam niczego bardziej skomplikowanego od sporadycznego 'siad' lub 'obrocik'. Nadal nagradzam jedzeniem. Bo Szopencja jedzenie nadal wyrywa mi z ręki. Póki nie pojawimy się nad rzeką, gdzie ewidentnie panuje piłeczka ;-) .
Śląski piłeczkowy Szopik
Mój Miszcz i Chytrus przebiegły Zaskakiwacz.
Skąd u Szopa nagły popęd? Nie powiedziałabym, że nagle w nocy przyszła wróżka i Szopa różdżką w nos walnęła i o - jest. W Szopie gdzieś to tam siedziało i siedzi. Nie jest to jakiś mocny popęd łupu, o nie. Ot chwila zabawy, urozmaicenie. Taka zabawa w polowanie. Nie jest to mocne na tyle, by móc na tym opierać Szopową motywację. Bo przegrywa z 'popędem jedzenia' ów łup w przedbiegach. Jakoś tak nam z czasem wyszło, że się nauczyłyśmy obie i się udało ;-) .
P.S. W poniedziałek znowu rowerowałyśmy. Wczoraj przerwa, dziś znowu. Panie daj nam siły...






0 naskrobanek:
Prześlij komentarz